facebook twitter instagram bloglovin
 photo toppost.png

18 lipca 2015

BEAUTY IN MEXICO


Jest 05:25, sobota, a ja odpisuję na maile i piję podwójne espresso (aka napój, po którym czuję, że mogę zrobić wszystko). Już dzisiaj wyruszam w kolejną podróż, w sumie za 2h będę już w mojej limuzynie (w autokarze), ale uznałam, że to jest ŚWIETNY moment, żeby napisać notkę o kosmetykach, które miałam ze sobą w Meksyku. Jestem chodzącym brakiem sensu.


Płyn micelarny Bioderma Sensibio H2O (o którym już pisałam- geniusz, który nie drażni moich oczu i moja nowa miłość)
Lekki krem nawilżający Mixa (jestem zdania, że krem nawilżający jest podstawowym i najważniejszym produktem pielęgnacji każdego rodzaju cery- szczególnie w tropikach)
8 hour cream Elizabeth Arden (krem, który podbił światowy rynek, ale w Polsce rzadko się o nim wspomina- świetnie nawilża najbardziej wysuszone miejsce typu usta, łokcie, w zimę odmrożone palce; i kosmetyk, przez które moje usta od trzech tygodni nie pękają, a miałam z tym straszny problem, chociaż piję dużo wody)


Essie Nail Polish in:
Russian Roulette; Trophy Wife; Haute in the Heat



Pędzel Inglot 15BJF (do pudru brązującego)
M.A.C. Bronzing Powder in Golden
Kredka do brwi Golden Rose Dream
Tusz do rzęs Benefit Roller Lash
Marc Jacobs Twinkle Pop in Honey Bunny (używany jako cień i jako rozświetlacz, bo w tej roli również sprawdza się genialnie)

Co tu dużo mówić- moje przetestowane i ulubione produkty, które mnie jeszcze nie zawiodły i mam nadzieję, że tego nie zrobią. A z podkładu i pudru zrezygnowałam celowo- chciałam, żeby moja buzia się trochę opaliła i odpoczęła (mam ciemniejszy odcień o 1-2 tony, fuck yeah).


Dziękuję i miłego dnia/tygodnia/miesiąca/roku :)

A wy co bierzecie ze sobą w podróż?

16 lipca 2015

MY MEXICO 1/2




Leżę nad Morzem Karaibskim. W tle gra meksykańska muzyka, w oddali odbywa się kurs salsy, dzieci w basenie grają bawią się w tych wielkich kulach (chodzi mi o zorbing, czyli jedno z moich spełnionych marzen z dzieciństwa), dwie drużyny grają w wodne polo, a mnie akurat teraz naszło, żeby napisać notkę. Więc wyciągnęłam mojego iPhone'a (którego staram się unikać i nie przeglądać tego Facebooka co chwilę, bo w końcu leżę nad Morzem Karaibskim) i otworzyłam notatnik. I, zainspirowana muzyką, jedzeniem, szumem fal i własnymi zdjęciami (samolubnie, Olga) zdam pierwszą z dwóch relacji z Meksyku.

Ta notka opowie o moich wycieczkach bardziej archeologicznych plus kilka informacji o hotelu i o Meksyku. Najpiękniejsze widoczki zachowane są na część drugą.



Jestem na Półwyspie Jukatan i dziękuję moim nauczycielom z geografii za wszystko (nauka tego przedmiotu już za mną), ale nadal upieram się przy zdaniu, że nie zapamiętam 75% półwyspów świata- zapamiętam tylko te, na których będę albo o których przeczytam.  



Znajduję się w miejscowości Cancun, nad Riviera Maya.  W Meksyku jest teraz pora deszczowa (od maja do października) ale, co jest najśmieszniejsze, deszcz padał od tygodnia mojego pobytu dwa razy, w tym raz przez 10 minut i drugi raz w nocy, więc nieszczególnie mi to przeszkadzało. 
A jeśli chodzi o temperaturę- nie jest najgorętsza. W sensie jest 29-30 stopni Celsjusza. Ale jest niesamowicie wilgotno przez co człowiek się czuje jak w saunie. Na szczęście pokoje mają świetną klimatyzację i wiatraki.
Jeśli chodzi o Morze Karaibskie- czyste, ciepłe, o niezbyt wysokim stopniu zasolenia. Czyli idealne.










Mój hotel nazywa się Sandos Caracol Eco-Resort & Spa. Jest ogromny (czujemy się jak w małym mieście), ma około 10 barów, 5 restauracji (a to wszystko w all inclusive) i oferuje dużo rozrywek typu muzyka na żywo, show wieczorem i place zabaw. A jeśli ktoś nie jest z dziećmi i ich nienawidzi- nie ma sprawy, bo na terenie resortu znajduje się strefa tylko dla dorosłych z basenami, restauracjami i osobnym życiem. 
Hotel jest genialny, bo jest bardzo meksykański. Muzyka, wystrój i jedzenie. A, moim zdaniem, bez sensu byłoby lecieć aż do Meksyku do hotelu wyglądającego jak w Chorwacji. 
Jedzenie w Meksyku- myślałam, że będzie ostrzejsze, polewają wszystko limonką i bazują na jedzeniu hiszpańskim. Szczerze mówiąc to nie jest moja ulubiona kuchnia, po prostu nie moje smaki. Moje ulubione kuchnie to francuska, włoska i tajska (tylko tajskiej nie spróbowałam w kraju pochodzenia, ale wszystko przede mną). Z hiszpańskich dań pokochałam quesedillas i tutejsze nachos (nie wyglądają nawet jak trójkąty i to, co my jemy w kinie to tak, jakby kupić podrobioną torebkę- gorsza jakość i smutek i wyrzuty sumienia). 

Ale, wbrew pozorom, nie przyjechałam tylko po to, żeby się opalić i wykąpać. Byłam na wycieczkach w trzech pięknych miejscach, a za kilka dni czeka mnie jeszcze rejs po wysepkach i inne miejsca. Dzisiaj opisuję to, co już widziałam, a w notce przyszłej to, co zobaczę. Dość logiczne.

TULUM- RUINY MIASTA MAJÓW






COBA- RUINY MIASTA MAJÓW (to tam znajduje się tablica-legenda z datą 21.12.2012) 




I tutaj sprawa, która wymaga komentarza- na piramidę poniżej (cały czas jesteśmy w Coba) można było się wspiąć. Na zdjęciu poniżej pokazane jest, jak stromo było. Ja-geniusz nie zabrałam sportowych butów do Meksyku ("W Meksyku? Po co mi?") więc schodziłam i wchodziłam w espadrylach. Można? Można, ale miałam nieco gorszą prędkość niż czterolatek idący za rękę z tatą.



Bojąc się, że popełnię jakiś błąd w datach po prostu nie będę pisać bzdur udając, że wiem, o czym piszę. Jeśli ktoś się pasjonuje Majami// uważa to za ciekawe zagadnienie to jest miliard książek)- a mi zostaje tylko zachęcanie do czytania i poznawania świata przez książki i przez ekran laptopa. I przez podróżowanie- najlepszy sposób.


Wioska Majów

Tym jestem najbardziej zachwycona, bo zauważyłam, że kiedy jestem w kraju o odmiennej kulturze najbardziej ciekawią mnie ludzie. Ich życie. I na szczęście mieliśmy okazję do wejścia do wioski Majów "współczesnych". Wbrew pozorom nie wyginęli- jest ich około 4,5 miliona. 


Trudne do pojęcia jest to, że oni żyją prawie tak, jak tysiące lat temu. Nie mają telefonów komórkowych, TV i modyfikowanego chemią jedzenia. Tutaj na zdjęciu starsza Pani, która robiła placki dla nas, grupy kilku turystów i dla rodziny.
I wierzą w wielu bogów (najsilniejszy to Chuuk, czyta się jak Chuck) oraz w to, że szaman (na zdjęciu obok) uleczy ich ze wszystkich chorób. Nas oczyszczał ze złej energii. Czy podziałało? Nie wiem, zobaczymy, jak wrócę do Katowic i będę musiała zasiąść do codziennych obowiązków. 

Moja mama, kiedy jej opowiadałam o tej majańskiej wiosce spytała mnie, czy myślę, że oni są mniej szczęśliwi? Ja uważam, że nie są. Wręcz przeciwnie, I z tym pytaniem zostawiam Was do następnej notki.

Organizatorzy wycieczek po Meksyku: ME Tours (PL)


Gdybyście mogli wybrać teraz miejsce, w którym się znajdziecie, gdzie by to było?
Miłego dnia :)


Snapchat: ogrosicka
 photo envye.jpg
envye blogger theme