facebook twitter instagram bloglovin
 photo toppost.png

16 lipca 2015

MY MEXICO 1/2




Leżę nad Morzem Karaibskim. W tle gra meksykańska muzyka, w oddali odbywa się kurs salsy, dzieci w basenie grają bawią się w tych wielkich kulach (chodzi mi o zorbing, czyli jedno z moich spełnionych marzen z dzieciństwa), dwie drużyny grają w wodne polo, a mnie akurat teraz naszło, żeby napisać notkę. Więc wyciągnęłam mojego iPhone'a (którego staram się unikać i nie przeglądać tego Facebooka co chwilę, bo w końcu leżę nad Morzem Karaibskim) i otworzyłam notatnik. I, zainspirowana muzyką, jedzeniem, szumem fal i własnymi zdjęciami (samolubnie, Olga) zdam pierwszą z dwóch relacji z Meksyku.

Ta notka opowie o moich wycieczkach bardziej archeologicznych plus kilka informacji o hotelu i o Meksyku. Najpiękniejsze widoczki zachowane są na część drugą.



Jestem na Półwyspie Jukatan i dziękuję moim nauczycielom z geografii za wszystko (nauka tego przedmiotu już za mną), ale nadal upieram się przy zdaniu, że nie zapamiętam 75% półwyspów świata- zapamiętam tylko te, na których będę albo o których przeczytam.  



Znajduję się w miejscowości Cancun, nad Riviera Maya.  W Meksyku jest teraz pora deszczowa (od maja do października) ale, co jest najśmieszniejsze, deszcz padał od tygodnia mojego pobytu dwa razy, w tym raz przez 10 minut i drugi raz w nocy, więc nieszczególnie mi to przeszkadzało. 
A jeśli chodzi o temperaturę- nie jest najgorętsza. W sensie jest 29-30 stopni Celsjusza. Ale jest niesamowicie wilgotno przez co człowiek się czuje jak w saunie. Na szczęście pokoje mają świetną klimatyzację i wiatraki.
Jeśli chodzi o Morze Karaibskie- czyste, ciepłe, o niezbyt wysokim stopniu zasolenia. Czyli idealne.










Mój hotel nazywa się Sandos Caracol Eco-Resort & Spa. Jest ogromny (czujemy się jak w małym mieście), ma około 10 barów, 5 restauracji (a to wszystko w all inclusive) i oferuje dużo rozrywek typu muzyka na żywo, show wieczorem i place zabaw. A jeśli ktoś nie jest z dziećmi i ich nienawidzi- nie ma sprawy, bo na terenie resortu znajduje się strefa tylko dla dorosłych z basenami, restauracjami i osobnym życiem. 
Hotel jest genialny, bo jest bardzo meksykański. Muzyka, wystrój i jedzenie. A, moim zdaniem, bez sensu byłoby lecieć aż do Meksyku do hotelu wyglądającego jak w Chorwacji. 
Jedzenie w Meksyku- myślałam, że będzie ostrzejsze, polewają wszystko limonką i bazują na jedzeniu hiszpańskim. Szczerze mówiąc to nie jest moja ulubiona kuchnia, po prostu nie moje smaki. Moje ulubione kuchnie to francuska, włoska i tajska (tylko tajskiej nie spróbowałam w kraju pochodzenia, ale wszystko przede mną). Z hiszpańskich dań pokochałam quesedillas i tutejsze nachos (nie wyglądają nawet jak trójkąty i to, co my jemy w kinie to tak, jakby kupić podrobioną torebkę- gorsza jakość i smutek i wyrzuty sumienia). 

Ale, wbrew pozorom, nie przyjechałam tylko po to, żeby się opalić i wykąpać. Byłam na wycieczkach w trzech pięknych miejscach, a za kilka dni czeka mnie jeszcze rejs po wysepkach i inne miejsca. Dzisiaj opisuję to, co już widziałam, a w notce przyszłej to, co zobaczę. Dość logiczne.

TULUM- RUINY MIASTA MAJÓW






COBA- RUINY MIASTA MAJÓW (to tam znajduje się tablica-legenda z datą 21.12.2012) 




I tutaj sprawa, która wymaga komentarza- na piramidę poniżej (cały czas jesteśmy w Coba) można było się wspiąć. Na zdjęciu poniżej pokazane jest, jak stromo było. Ja-geniusz nie zabrałam sportowych butów do Meksyku ("W Meksyku? Po co mi?") więc schodziłam i wchodziłam w espadrylach. Można? Można, ale miałam nieco gorszą prędkość niż czterolatek idący za rękę z tatą.



Bojąc się, że popełnię jakiś błąd w datach po prostu nie będę pisać bzdur udając, że wiem, o czym piszę. Jeśli ktoś się pasjonuje Majami// uważa to za ciekawe zagadnienie to jest miliard książek)- a mi zostaje tylko zachęcanie do czytania i poznawania świata przez książki i przez ekran laptopa. I przez podróżowanie- najlepszy sposób.


Wioska Majów

Tym jestem najbardziej zachwycona, bo zauważyłam, że kiedy jestem w kraju o odmiennej kulturze najbardziej ciekawią mnie ludzie. Ich życie. I na szczęście mieliśmy okazję do wejścia do wioski Majów "współczesnych". Wbrew pozorom nie wyginęli- jest ich około 4,5 miliona. 


Trudne do pojęcia jest to, że oni żyją prawie tak, jak tysiące lat temu. Nie mają telefonów komórkowych, TV i modyfikowanego chemią jedzenia. Tutaj na zdjęciu starsza Pani, która robiła placki dla nas, grupy kilku turystów i dla rodziny.
I wierzą w wielu bogów (najsilniejszy to Chuuk, czyta się jak Chuck) oraz w to, że szaman (na zdjęciu obok) uleczy ich ze wszystkich chorób. Nas oczyszczał ze złej energii. Czy podziałało? Nie wiem, zobaczymy, jak wrócę do Katowic i będę musiała zasiąść do codziennych obowiązków. 

Moja mama, kiedy jej opowiadałam o tej majańskiej wiosce spytała mnie, czy myślę, że oni są mniej szczęśliwi? Ja uważam, że nie są. Wręcz przeciwnie, I z tym pytaniem zostawiam Was do następnej notki.

Organizatorzy wycieczek po Meksyku: ME Tours (PL)


Gdybyście mogli wybrać teraz miejsce, w którym się znajdziecie, gdzie by to było?
Miłego dnia :)


Snapchat: ogrosicka

7 komentarzy:

  1. Zazdroszczę :)). Ja bym chciała jechać do Hiszpanii i na wyspy Bora Bora ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bora Bora to jedno z moich marzeń, przyznaję :)

      Usuń
  2. Omg Olga czy ta piramida to ta, ktora jest w filmie "Ruiny"? Wiesz moze? X

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I zazdroszcze oczywiscie :D

      Usuń

 photo envye.jpg
envye blogger theme